Showing posts with label Alternative. Show all posts
Showing posts with label Alternative. Show all posts

Friday, 21 October 2011

Three Things

Source

Od zawsze należałam do stworzeń ciepłolubnych uwielbiających wysokie temperatury, słońce i zdecydowanie nie potrafię znieść tego temperatura spada poniżej 10°C. Niestety pogoda nie była ostatnio zbyt sprzyjająca. Może termometry nie pokazywały tak często mniej niż 10°C, ale ja zdecydowanie odnosiłam takie wrażenie. Dlatego owinięta w koc, z ciepłą herbatą stojącą obok mnie znalazłam kilka rzeczy, które przynajmniej dają mi poczucie, że jest dużo cieplej niż w rzeczywistości.

I've always been among those creatures who love warmth, sun and definitely can't stand when the temperature goes below 10°C. Unfortunately the weather hasn't been very favourable lately. Maybe the thermometers weren't always showing less than 10°C but I definitely felt like it. So wrapped up in my blanket, with some hot tea standing next to me I found those things that made me feel at least slightly better in those adverse conditions.




Saturday, 6 August 2011

Summertime is Passing By

Home Town 2

W ubiegłym tygodniu odwiedziła mnie Ania, więc czułam się w obowiązku aby pokazać jej moje miasto. Nie zrobiłam wielu zdjęć ale jest kilka, którymi chciałabym się z Wami podzielić.
Dodaję też piosenkę do której już od kilku lat mam słabość. Nieważne kiedy słucham Just Like Heaven zawsze przynosi mi dobre wspomnienia...

Last week Ania came over with a visit, so I felt almost obliged to show her around my town. I didn't take many pictures, but there are some that I would like to share with you.
I'm also adding a song that I have a weakness for, for a couple of years now. It doesn't really matter when I listen to Just Like Heaven, it always brings back some good memories...


Home Town 1

Home Town 3

Home Town 4

Home Town 5

Monday, 18 April 2011

Music of the Week

Na ten tydzień wybrałam "Wolfgang Amadeus Phoenix" francuskiego zespołu... Phoenix;) Płyta wydana była wiosną 2009, dlatego chyba już zawsze będzie kojarzyć mi się z tą porą roku i przygotowywaniem do egzaminu na prawo jazdy. Uwielbiam jej słuchać kiedy gdzieś idę, bo jest idealnie dynamiczna i wiosennie pozytywna.
Bardzo lubię muzykę, w której oprócz typowych dla różnych gatunków rocka gitar można usłyszeć też coś więcej. I ta płyta do tego stylu właśnie się zalicza. Mieszanka electro dźwięków, gitar i perkusji w połączeniu z oryginalnym głosem wokalisty i ciekawie napisanymi piosenkami daje świetny efekt przyjemnej w odbiorze, ale jednocześnie niebanalnej płyty. Co prawda nie wszystkie piosenki są udane, aby przez kilka z nich przebrnąć trzeba cierpliwości i kilku głębokich wdechów("Fences", "Countdown"). Jednak są też takie, które (przynajmniej dla mnie) ratują całość ("Lisztomania", "1901", "Love Like A Sunset", "Armistice"). Płyta bardzo dobrze nadaje się na te chwile, kiedy w końcu można zrzucić zimowe kurtki, założyć okulary przeciwsłoneczne i spacerując wsłuchiwać się w różnorodność dźwięków.


Click click!


For this week I chose "Wolfgang Amadeus Phoenix" by French band... Phoenix;) the CD was released in spring 2009, that's why it'll probably always remind me of this season and the time when I was preparing for the driving license exam. I love listening to this CD when I'm walking somewhere because it's perfectly dynamic and "sprignly" positive.
I really enjoy listening to the music where except for the characteristic for rock music guitars I can hear a bit more. And this is one of those CDs. A mixture of electro sounds, guitars and drums together with a genuine voice of the vocalist and interestingly written songs. All together gives a great result of the CD that is offbeat and pleasant to listen to. However not all of the songs are a success, it requires a lot of patience and few deep breaths to get through some of them ("Fences", "Countdown"). But there are also those, that (at least for me) save the whole CD ("Lisztomania", "1901", "Love Like A Sunset", "Armistice"). To say shortly it's a great CD for the time of the year when you can finally take off the winter clothes, put on sunglasses and listen to it while taking a walk.

Friday, 25 March 2011

Somewhere... In English

I am an incurable fan of Sofia Coppola's movies.
I love them for the pictures and for the fact that dialogues are something really rare. And obviously for the music. Maybe those are not typical Hollywood mega productions, with soundtracks that win all of the possible awards that could be won. But there is something captivating in this simplicity.
So feeling in my duty I finally decided to watch her latest movie "Somewhere". Film premiered here in the UK few months ago, but I needed some time to get round to watching it.


Unfortunately I got disappointed with the topic that Coppola chose for the main motif of her production. Incredibly well-worn, talked about in many movies in loads of possible ways which she still decided to approach once again. The main theme is a father (in this case a Hollywood actor, living stereotypical rock man's lifestyle) who doesn't really contribute to his daughter's upbringing. However everything changes in his life, when the mother of his child asks him to take care of their daughter before driving her to the summer camp. Quite predictably the time spent with a child has an incredible impact on him. After daughters' departure he goes through a minor breakdown and decides to change his life. Nevertheless we never get to know how the story finishes - and here is something I like most - open ending.

Despite this predictability and lack of any big revelations the movie is actually really good. I think that the whole production is saved mainly because of the fact that while watching we have to figure out most of the things ourselves. In very characteristic for her way, Coppola decides to almost complitely cut down on the number of dialogues and concentrate on the picture. Sometimes she "torments" us with very long scenes but thanks to this we can actually feel what she wanted to pass on to us. She reaches her aim and finishes everything in very artistic way.

When it comes to the soundtrack, obviously the French band Phoenix couldn't be skipped. It's difficult to be surprised given the fact that the vocalist is directors' husband. But here the idea of using their songs from the latest CD "Wolfgang Amadeus Phoenix" is a huge advantage. I can't stop wondering whether the electro sounds that dominated the LP inspired Sofia to the opening scene. Or maybe she accidentally decided to use this song that perfectly matches the dominating sound of the wholeness. This isn't the only scene when the bands' music highlights what's happening in the movie. In a sensational way the opening sounds of "Love Like a Sunset Part II" were used to show what may be happening in the main character's head. And afterwards, as the scene develops we are allowed to listen to the entire song.

I strongly recommend you to pick one day in the week that wasn't too tiring and spend the evening watching the movie. It definitely requires some energy and concentrating on it. Because the entire thing, despite this obviousness of the theme, creates really positive and interesting piece that in my opinion should be on the list of everyone who calls himself a good movies' fan.

Somewhere...

Jestem nieuleczalną fanką filmów Sofii Coppoli.
Kocham je za obrazy i za to, że dialogów w nich jest jak na lekarstwo. No i oczywiście za muzykę. Może nie są to typowe Hollywoodzkie mega produkcje, których ścieżka dźwiękowa zgarnia wszelkie możliwe nagrody, ale właśnie ta prostota jest urzekająca.
Poczuwając się więc w obowiązku, zobaczyłam jej ostatni obraz "Somewhere. Między miejscami". Film ma swoją polską premierę dopiero 1 kwietnia, więc minie jeszcze kilka dni nim można go będzie zobaczyć na dużym ekranie u nas. Ja jednak skorzystałam z faktu że premiera brytyjska miała swoje miejsce już jakiś czas temu.


Niestety trochę rozczarował mnie temat, jaki Coppola wybrała na motyw przewodni filmu. Niesamowicie oklepany, przerobiony w dziesiątkach filmów na wszelkie możliwe sposoby - ona postanowiła jednak podejść do niego po raz kolejny. Problemem wiodącym jest ojciec (w tym wypadku gwiazdor filmowy, wiodący życie stereotypowego rockmana) poświęcający swojej córce zbyt mało czasu. Wszystko w jego życiu zmienia się jednak, kiedy matka prosi go, aby zajął się córką przed odwiezieniem jej na wakacyjny obóz młodzieżowy. Dość przewidywalnie dziecko wywiera na nim tak ogromny wpływ, że po jej wyjeździe przeżywa załamanie i postanawia zmienić swoje życie. Jednak nie dane nam jest dowiedzieć się jak skończy się historia - czyli to co lubię najbardziej - otwarte zakończenie.
Mimo tej przewidywalności i małej odkrywczości produkcji, film jest jednak bardzo dobry. Myślę, że ratuje go przede wszystkim fakt, że większości musimy się domyślić. W tradycyjny dla siebie sposób Coppola postanawia całkowicie zminimalizować dialogi i skupić się praktycznie głównie na obrazie. Niekiedy "zamęcza nas" niesamowicie długimi scenami, ale dzięki temu zdecydowanie możemy odczuć to, co chciała przekazać. Osiąga więc swój cel i w typowo artystyczny sposób kończy całość.

Co do ścieżki dźwiękowej, nie mogło zabraknąć na niej francuskiego zespołu Phoenix. Nie czarujmy się, to pewnie głównie przez fakt, że wokalistą jest mąż reżyserki. Tutaj jednak pomysł wykorzystania piosenek z ich ostatniej płyty - "Wolfgang Amadeus Phoenix" - jest ogromną zaletą całości. Zastanawiam się, czy elektroniczne dźwięki, które zdominowały płytę artystów zainspirowały Sofię do początkowej sceny filmu, czy przypadkowo postanowiła wykorzystać piosenkę idealnie wpasowującą się w dominujący całość dźwięk. To nie jedyny moment, kiedy muzyka Phoenix podkreśla to, co dzieje się w filmie. Rewelacyjnie postanowiono wykorzystać początkowe dźwięki utworu "Love Like a Sunset Part II" żeby pokazać, co może dziać się w głowie bohatera. A później wraz z nabierającą tempa akcją, pozwala nam usłyszeć cały utwór.

Wybierzcie więc jakiś dzień, który nie zmęczy Was zbytnio, i poświęćcie wieczór na obejrzenie filmu na który zdecydowanie trzeba mieć energię i chęć skupienia się na nim. Bo całość, pomimo częściowej banalności, tworzy bardzo pozytywny i ciekawy obraz, który moim zdaniem powinien znaleźć się na liście każdego fana dobrego kina.

Friday, 18 March 2011

Going Back in Time

Jedną z rzeczy za którą uwielbiam muzykę jest to, że można z nią cofnąć się w czasie. Nieistotne do kiedy i na jak długo. Wystarczy mieć choć jedną piosenkę, która przypomni te chwile co wydawałoby się już dawno uciekły.
Tak było i dzisiaj. Długo szukałam inspiracji na nowego posta aż przypadkiem trafiłam na stare zdjęcia z mojego wyjazdu do Irlandii. I wtedy zachciało mi się wrócić tam na kilka chwil. No więc zrobiłam to, co zawsze w takich chwilach robię - włączyłam muzykę, której słuchałam będąc tam.
Postanowiłam zatem dodać i muzykę i kilka zdjęć, zrobionych w czerwcu 2009 roku...

One of the most important things that I love music for is a chance of going back in time with it. No matter to when and for how long. All you need to have is just one song that will remind you of those moments that may seem to be long gone.
And that's what happened today. I spent quite a lot of time searching for an inspiration for a new post and I came up with old pictures from my trip to Ireland. And that's when I felt like going back to that place for few minutes. So I did what I always do in those moments - played the music that I was listening to when I was there.
And as a result there is today's post. Both the music and the pictures that I took in June 2009... Enjoy.




Image Hosted by ImageShack.us


Image Hosted by ImageShack.us


Image Hosted by ImageShack.us


Image Hosted by ImageShack.us


Image Hosted by ImageShack.us


Image Hosted by ImageShack.us


Image Hosted by ImageShack.us


Image Hosted by ImageShack.us